L O A D I N G
blog banner

Złoto dla Stoha. Skitura na Małej Fatrze.

na skróty

Depcze nam, skiturowcom, wiosna po piętach. Pogoda w ostatnim czasie przypomina raczej koniec marca, aniżeli środek lutego. Ciepło, wichury i deszcz. Zanim jednak miało to wszystko nadejść postanowiliśmy z bratem wykorzystać ostatnie tchnienie zimy. Wzięliśmy w środku tygodnia urlop, aby jeszcze przed nadejściem owianych złą sławą orkanów przemierzyć stoki Małej Fatry. Trzeba przyznać, że prawie udała nam się ta sztuka.

Medziholie z widokiem na Rozsutec

Kilometr przewyższenia na dzień dobry.

Takie wydarzenia na Małej Fatrze nie powinny nikogo zaskakiwać, wszak góry to o geologii wapiennej, która nierównomiernie erodując tworzy duże przewyższenia. Dla skiturowca duża różnica przewyższeń oznacza strome stoki o kącie nachylenia znacznie wykraczającym poza bezpieczne 35 stopni. Taka charakterystyka w połączeniu ze szczytami sięgającymi znacznie powyżej górnej granicy lasu czyni Małą Fatrę górami bardzo lawiniastymi, konieczne jest więc zabieranie ze sobą w okresie zimowym lawinowego ABC. Tak też robimy i docierając ze Stefanowej na przełęcz Medziholie robimy sobie krótkie przypomnienie z obsługi detektorów i całego ABC. Medziholie (1185) to większa połowa podejścia na Stoha (1610). To pierwszy wybitny szczyt na naszej trasie do którego pozostało nam 400 metrów przewyższenia.

Pierwsza seria dla Stoha!

Cóż za emocje! Pogoda jest piękna, a nasz pomysł z wyjazdem w środku tygodnia okazuje się strzałem w dziesiątkę. Góry mamy tylko dla siebie. Szczyt osiągamy w miarę dobrym czasie, co daje nadzieje na pokonanie całej trasy, aż do Snilowskiego Sedla i Vratnej. Jest jednak pewien warunek, aby plan się powiódł. Musimy być na Snilovskim najpóźniej o 16:30, gdyż o 16:50 odjeżdża ostatni logiczny bus z Vratnej do Stefanowej. Kolejny jest dopiero po 19, a to oznaczałoby powrót do domu około pierwszej w nocy. Z każdą chwilą spędzoną na szczycie odczuwamy wzmagający sie wiatr, który przygnał chmurzaste czapki przykrywające szczyty.

Wiatr się wzmaga. W oddali szczyt.

Czy druga seria zostanie odwołana?!

Zbieramy się nieporadnie do karykatury zjazdu, gdyż stok jest uzbrojony w lodowe kalafiory. Pierwsze metry weryfikują nasze krawędzie i nierówno przyklejone foki. Na lodzie latamy jak szmaty, a wiatr nie pomaga utrzymywać równowagi. Pierwsze drzewa wróżą zbawienie, gdyż spodziewam się tam minimalnej warstwy śniegu, w którym będzie można oprzeć się o nartę. Tak jest, ale powstaje inny problem. Gęsty młodnik skarłowaciałej buczyny wymusza ostre skręty i pełną koncentrację połączoną z gimnastyką. Dla mnie, karakana o krótkich nartach jest to nawet dobra zabawa, ale mój brat walczy z młodnikiem znacznie dłużej. Na Stohowym sedlu weryfikujemy czas i okazuje się, że zjazd zajął nam więcej czasu, niż zajęłoby zejście.

Czy tylko wiatr zepsuje sportowe widowisko?

Podejeście na Poludniovy Grun (1460) wiedzie granią porośniętą przerzedzonym lasem, dlatego docierają do nas jedynie pojedyncze podmuchy. Wprawdzie od jakiegoś czasu idziemy już w chmurze, ale czasami przebija się do nas dodające otuchy słońce. Jest jeszcze szansa na zrobienie całej trasy, gdyby nie mój błąd. Taki szkolny błąd, porównywalny do niezapiętego kombinezonu przez skoczka.

Tam gdzieś w prawo polecał…

Gdzieś w połowie trasy po kilku fotkach telefonem (insta samo się nie zrobi) wkładam go do kurtki, lecz zapominam zapiąć kieszeń. Ten po kilku krokach wypada mi zsuwając się kilkadziesiąt metrów w dół stromego stoku. Oh shit! Nie będę komentował całej sytuacji, gdyż zapewne zdajecie sobie Państwo sprawę, że jest ona przynajmniej żenująca. Reasumując akcja ratunkowa, wraz z wygramoleniem się na szlak zajmuje pół godziny.

Podejście na Steny

Wiatr wygrał! To koniec zawodów na dziś!

Docieramy na Steny (1572). Jest już 15:15, a do Snilovskiego sedla pozostało nam niespełna 4 km. Wiatr wzmógł się już na tyle, że jego silniejsze podmuchy wytrącają z równowagi i nasze tempo znacznie spada. Szanse na powodzenie planu spadają do zera. Po szczytowej sesji dopiero co uratowanym przed nicością telefonem decydujemy się na odwrót. Odwrót w stronę ulubionego planu B: „Następnym razem zrobimy coś ambitnego”. Najwyższym zdobytym dziś szczytem zostaje Stoh. Trasę kończymy wspaniałym zjazdem nieczynną trasą narciarską do Chaty pod Gruni, a następnie do Starego Dovoru. Na trawersie od Chaty do górnej stacji kolejki wiatr był już baaaaardzo groźny. Długo się „gracaliśmy” z tym trawersem, gdyż pomyliłem trasy i musiałem podchodzić na nartach bez fok. Do przystanku docieramy z minimalnym zapasem, choć na zjeździe do Starego Dovoru lecimy wg Stravy 70km/h. Wsiadamy do busa za 0,75e i po kilku minutach szczęśliwi wysiadamy tuż pod naszym autem.

Wspaniały zjazd

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.