L O A D I N G
blog banner

Żelazna konsekwencja. Ferrata bez ferraty.

na skróty

Majówka w 2017 roku należała do tych dłuższych, choć z racji wykonywania specyficznych zawodów przez uczestników wyjazdu musieliśmy ją podzielić na dwa etapy. W pierwszej części do której pewnie jeszcze wrócę odwiedziliśmy Karawanki oraz doliny Alp Julijskich.

Do tej pory nie było nam dane, aby spróbować swoich sił na żelaznych drogach, więc kiedy tylko pojawiła się ku temu okazja (nasza załoga wyjazdowa skurczyła się do 1/3) postanowiliśmy wybrać się na wymarzoną ferratę. Warunki panujące w Alpach Julijskich były mocno zimowe (lawinowa IV), a prognoza pogody nie zapowiadała się zbyt stabilnie, więc poszukaliśmy czegoś w niższych górach. Wybór padł na Koschutnikturn (2133 m n.p.m.) we wschodnich Karawankach na którego szczyt wieść miała droga żelazna.

Jezioro Bled
Słoweńskie klimaty

Dojechawszy na ile Skoda pozwoliła jak najdalej w głąb bardzo malowniczej doliny Dovžanova soteska (droga wiedzie przez wykute tunele), docieramy do podnóży naszego celu. Dalej droga szutrowa jest mocno podziurawiona, wiodąc serpentynami w kierunku chaty, która jest leśniczówką z otwartą drewutnią do spania.

Nad chatą wiszą ogromne wapienne turnie zapowiadające poważną wspinaczkę. Jedząc kabanosy głowimy się którędy pomiędzy skalnymi filarami wiedzie ferrata. Wyruszyliśmy we wskazanym kierunku, szlakiem który prowadził do początku ferraty. Pokonując kolejne zakręty tracimy nadzieję na spotkanie z żelazem. Droga jest upierdliwie męcząca, a ścieżka zmienia kierunek co 15 metrów o 150 stopni tworząc przy tym ciasny zygzak na mocno pochyłym stoku. Kiedy wychodzimy ponad granicę lasu wiatr rozwiewa po płogiej łące nasze wątpliwości, tutaj nie będzie ferraty.

Widok na północne galerie ze szczytu Koshutnikturn
Widok na północne galerie ze szczytu Koshutnikturn

Zrezygnowani dochodzimy pod skalistą kopułę szczytową, spotykając się na przełęczy z wylotem austriackiej ferraty. „O to z tej strony jest ferrata!” Decydujemy, że jednak zdobędziemy ten cholerny szczyt będący dla nas kolejnym Storżicem. Ostatni etap podejścia z racji znacznej ekspozycji na stronę północną, braku jakiejkolwiek asekuracji przysparza nam lekkich zawrotów głowy, oraz wymaga od nas trzeźwiości umysłów. Ok. 16 zdobyliśmy szczyt.

Koshutnikturn i nasze pseudolonże.
Koshutnikturn i nasze pseudolonże.

Przypuszczamy szybką ewakuację inną drogą do chaty myśliwskiej z nadzieją bardziej przystępnego zejścia. Po kilkunastu minutach zejścia okazuje się, że ścieżka trawersuje po mocno nachylonym zboczu, na jej drodze znajduje się wiele piarżysk usypujących się wprost do przepaści widzianych spod chaty. Cytuję: „To wygląda jakbym się miał zaraz zesrać”. Asekuracyjnym krokiem przecinamy jeden po drugim niebezpieczne miejsca i docieramy do przełęczy skąd już leśnym duktem schodzimy do chaty. Tego dnia może i nie było ferraty, ale mimo to adrenalina momentami uderzała do głowy.

W kolejnych dniach pogoda postanowiła mocno się zepsuć, dlatego zaczęliśmy zwiedzać Słowenię od miejskiej strony. Pojechaliśmy do Ljubljany, Ptuja i Mariboru, w którym szlakiem wina przemierzyliśmy przez łany winorośli i malowniczo położone miejscowości do podziemnych komnat wypełnionych beczkami z winem. Byliśmy w raju, ale ferraty nadal niebyło.

Na skróty

Trasa i Czas: Całość zajęła nam około 5h, przy 13 km długości i 1,2km przewyższenia.

Trudności: Ekspozycja na północną stronę grani robi wrażenie. Trze się przygotować na znaczny wysiłek związany z dużą różnicą wysokości mierzącą 1200m.

Podsumowanie: Jeśli tylko będę miał okazję wrócić w Karawanki to chciałbym przejść całą ich grań. Jeśli Ty chcesz tylko zdobyć ciekawy szczyt w tych okolicach to zdecydowanie odradzam, choć ferrata od Austriackiej strony wyglądała zachęcająco.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *