L O A D I N G
blog banner

Walnąć pięćdziesiątkę przy Chatce

na skróty

„Walnąć pięćdziesiątkę przy Chatce”, większość stwierdzi, że nic w tym nadzwyczajnego, ale jeśli zamienimy mililitry na kilometry to odbiorca robi się nieco skonfudowany. Chcecie iść z Babiej na Pietraszonkę? Z Gliwic? Nie, z Pietraszonki na Pietraszonę pokonując w ciągu jednego dnia 50km. Ale, po co? Tak po prostu, dla siebie, dla sportu.

Wiele osób uważa, że droga to półśrodek dotarcia do celu, ale czy czasem nie jest tak, że to sama droga jest celem?

Głupie pomysły są po to, aby je realizować

W zasadzie to na ten weekend byliśmy już umówieni w skały, lecz pomyślałem, że w skały to możemy jechać zawsze i to bardziej różnorodną ekipą. Mając w perspektywie weekend tylko z Szu, który jest fanem długodystansowych i sportowych wyzwań nie mogłem się oprzeć podrzuceniu mu kilku tras po górach, które moglibyśmy machnąć korzystając ze swojego wzajemnego towarzystwa. Należało jedynie dograć logistykę, co wskazało na pętlę, a nie przejście od – do. Jeśli pętla to potrzebna jest baza startowo-finałowa. Lepszego miejsca do zapewnienia sobie takowej niż Chatka AKT na Pietraszonce nie sposób sobie wymarzyć, to też wybór był szybki. Jeszcze szybciej wyznaczyłem kilka pięćdziesiątkowych pętli, z których najbardziej spodobał nam się wariant czeski.

Tráva je ve vás zelenější

50 kilometrów po czeskie piwo

W piątek zgodnie z planem dotarliśmy do Chatki, w której zastaliśmy wielu znajomych, którzy podchodzili do naszego pomysłu z klasycznym „aha… okej…” . Mimo, jak to zwykle w Chatce, przemiłego towarzystwa staraliśmy się stronić od pięćdziesiątki tradycyjnej, aby kolejnego dnia wstać zgodnie z planem o 5:30 w miarę dobrym stanie. Zakładaliśmy, iż przejście tego dystansu zajmie nam ok 16 godzin, ponieważ dobra średnia w górach to 3,5-4 km/h do czego należało doliczyć przerwy na posiłki. Chcąc uniknąć dłuższego chodzenia w nocy położyliśmy się spać przed północą, aby po 6 godzinach snu pić już kawę do śniadania. Swoją drogą wczesne pobudki w Chatce są magiczne. Chata jest pusta, słychać każdy szmer. Bulgot dochodzący z czajnika przypomina w tej ciszy grzmoty zbliżającej się nawałnicy. Polecam każdemu, aby po hucznej wieczornej imprezie wstać przed wszystkimi i w tych niezwykłych okolicznościach wypić w Saloonie kawę.

Jakie buty wybrać

Zgodnie z planem o 6:30 stanęliśmy w boksach startowych, a ja stanąłem przed wyborem. Wybrać niskie Scarpy, które próbuję od 3 dni rozchodzić, ale wiem, że mnie cisną? Czy może jednak wysokie AKU, bo ostatnie dni były dosyć mokre i będzie kupę błota? W tych drugich w ogóle nie chodziłem oprócz sklepu, ale leżą zdecydowanie wygodniej niż Scarpy. Dobra biorę AKU, ale może jednak coś na asfalt? Klapki, czy stare dziurawe Decathlonki? Szu: weź Decathlonki…
Na parkingu nad Chatką włączamy swoje trackerki i wychodzimy o 6:35. Po ok.30 min docieramy na Stecówkę, a ja już czuję coś na piętach. Po 1:15h na Kubalonce decyduję się rozstać z AKU, aby nieść je do końca przy plecaku. Wpadam w stare dobre Decathlonki i od razu odczuwam wielką ulgę. Jakie szczęście, że je mam!

Tráva je ve vás zelenější

Po trzech godzinach wchodzimy do Czech zostawiając obok szczyt Stożka, a kierując się do Jablunkowa. Zza chmur coraz częściej wygląda słońce, a nam marsz mija na życiowych pogawędkach przerywanych co jakiś czas wzajemnymi upomnieniami o zwolnienie tempa. Krajobraz w Czechach wydaje się nam czystszy, ładniejszy, porządniejszy. Nie szpecą go góry odpadków i gruzu, a elewacje budynków są odnowione. No i nawet ta przysłowiowa trawa jest bardziej zielona. Skłania to do wielu refleksji związanych z nami, Polakami, ponieważ jesteśmy zaledwie kilka kilometrów od granicy z Polską.

W Jablunkowie kupujemy to po co tu przyszliśmy, czyli czeskie piwo, w razie gdyby w Chacie na Girowej nie było możliwości płatności kartą. Humory nam dopisują i robimy dłuższy postój przy miejskim amfiteatrze. Południowe słońce zaczyna robić się dokuczliwe, ale bez zadyszki docieramy o 13 do Chaty na Girowej. Jak się spodziewaliśmy przy Chacie są tłumy, a kolejka sięga bramki ogródka. Odpuszczamy sobie wizytę w środku i spożywamy wyniesione w plecaku palpiwo i kolejną drożdżówkę. Wiemy, że póki co zrobiliśmy standardowy dzienny dystans ok.30km i dopiero od tej pory zacznie się eksperyment z własnym organizmem.

Pohled při sestupu z Girovej

Gdzie ten szlak?

Dochodząc do Jaworzynki rezygnujemy z zahaczenia o trójstyk, gdyż czeski szlakowskaz sugeruje nadłożenie 6km. Od ronda w Jaworzynce trzymamy się zielonego szlaku, aż do przeł. Rupienka w Koniakowie. Początek szlaku wskazuje, że może być wesoło, gdyż chyba pies z kulawą nogą się tutaj nie zapuszcza, ale po kilkuset metrach wychodzimy znów na asfalt. Swoją drogą ilość asfaltu na trasie robi się dokuczliwa i męcząca. Na myśl o tym, że mógłbym tu iść w wysokich, nierozchodzonych butach robi mi się… wole o tym nie myśleć. Wędrując doliną Krężelki Szu zwrócił uwagę, że dawno nie było już oznaczenia szlaku i zasugerował sprawdzenie tego czy dobrze idziemy. No i niestety… tragedii nie ma, ale zamiast iść leśnymi ścieżkami zapewniamy sobie koleje 7km asfaltu w słońcu.

Jak idziesz – to idź. Nie siadaj.

To święta racja. Przełęcz Rupienka to 43 kilometr naszej wędrówki, na którym zacząłem już odczuwać zmęczenie mięśni. Zdecydowaliśmy się odpocząć i zjeść ostatnią drożdżówkę, aby zregenerować siły po marszu w słońcu i dostarczyć organizmowi energii na ostanie 8,5 km. Usiedliśmy zaledwie na 20 min i tyle wystarczyło, aby już nie wstać. Przynajmniej wszystko na to wskazywało, że tak będzie. W konwulsjach zwertykalizowaliśmy swoje ciała i zaczęliśmy… powłóczyć nogami jak zombie, bardziej wisząc na kijkach niż chodząc na nogach. Żałuję, że nie było z nami video supportu, gdyż moglibyśmy z powodzeniem startować do oskara w kategorii filmów o weteranach wojennych. O dziwo, kiedy zaczęło się podejście nasze mięśnie bardziej zaczęły współpracować i udało nam się wpaść w chodliwy rytm. Jesteśmy już na tyle zmęczeni, że przestaliśmy się do siebie odzywać.

Zmęczeni nie zapominamy, aby czasem się zatrzymać i popatrzeć na widoki. Panorama z Tynioka.

Tylko zejść z Koczego Zamku

Najtrudniejsze były zejścia i marsze po płaskim. Dopóki było pod górkę, było dobrze, ale wystarczyło wypłaszczenie i już zaczynały się kłopoty z pełnym wymachem uda. Już prawie jesteśmy na miejscu, schodzimy z Czumówek i wiemy, że mamy świetny czas jak na taki dystans. Jak na złość spotykamy na ostatnich metrach to sąsiadów, a to znajomych z Chatki, co psuje nam czas, ale głupio się nie zatrzymać. O 18:23 stajemy na parkingu nad Chatką podając sobie dżentelmeńsko i dziarsko dłonie. Robimy pamiątkową fotkę i zaczynamy „ojojać” na ostatnim zejściu na trasie. Czas łącznie z przystankami udaje się zamknąć w 11h i 48 minutach i przy średniej prędkości chodu 5,4 km/h (czas chodu 9:38). Ten wynik na Szu nie robi wrażenia, ale dla mojego zapuszczonego ciałka jest zdecydowanie w kategorii heroizmów. Przypomnę tylko, że planowaliśmy przyjść 4h później. Usiadłem na ławce przed Chatką i tak już zostałem.

Takie tam po pięćdziesiątce.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.