L O A D I N G
blog banner

Pierwsze lody. Grossvenediger (3666).

na skróty

Przygody w których najtrudniejszy jest pierwszy krok z reguły bywają tymi, które zasługują na określenie ich mianem przełomowych i ponadprzeciętnych. Tak też wspominam swój pierwszy kontakt ze szczytem przekraczającym magiczną granicę trzech tysięcy metrów. Grossvenediger przypominał mi o sobie od kilku lat, za każdym razem kiedy brałem do ręki jeden z zakupionych przeze mnie numerów pewnego magazynu górskiego.

Piramidowata sylwetka przyciągała mój wzrok. Była niczym pryzmat na okładce Dark Side of the Moon, który zapowiadał przełom w tym jak zacznę postrzegać alpinizm amatorski w kontekście mojej osoby. Tym co chciałbym zawrzeć w niniejszej opowieści o Venedigerze jest właśnie ta młodzieńcza górska nieśmiałość z którą pewnie w mniejszym lub większym stopniu każdy turysta się mierzy. Uczucie nieśmiałości nierozłącznie wiąże się z „przełamywaniem pierwszych lodów”. Ten związek frazeologiczny zdaje się mieć swoją genezę w uczuciu, którego doznaje się podczas pierwszego kroku na skorupie lodowca. Przejdę więc do początku historii…

gross1
Droga ku górze

Renesans polskiego himalaizmu po pierwszym zimowym wejściu na Broad Peak w marcu 2013 wpłynął na popularyzację turystyki górskiej bez dwóch zdań. Sam zacząłem snuć marzenia o sobie jako o kimś w kasku i uprzęży. Jednak pozostawało to zdecydowanie w sferze marzeń. Z czasem obserwując kolegów z którymi dotychczas jeździłem w Beskidy, widziałem, jak z powodzeniem zaczęli metamorfizować z beskidniów w alpinistów i zacząłem im zazdrościć. Zdecydowanie zazdrość i chęć przekraczania wewnętrznych granic była przyczynkiem do realizacji wyjazdu na swój pierwszy lodowiec. Metodą małych kroków wpierw zaczęły się zimowe wyjazdy w Tatry, obycie z rakami i czekanem, a następnie pierwsze starcie z aklimatyzacją na trekkingu w Himalajach. Wszystkie te przygody pozostawiały w głowie piękne krajobrazy, ale też powodowały, że we krwi zaszczepiała się adrenalina. To ona każdemu człowiekowi, niezależnie od pasji, każde posuwać się dalej, i dalej.

W 2017 roku przy okazji przeprowadzki przez ręce przewija mi się przywołany wcześniej magazyn, a w nim relacja z Grossvenedigera. Tym razem poważnie pomyślałem o sobie jako o człowieku, który może ubrać uprząż, związać się liną i ruszyć w miejsca, które dotąd zarezerwowane były tylko dla wybranych. Teraz marzenia sprzed kilku lat umarły, a narodziły się plany. Pierwszy z nich właśnie trzymałem w rękach i w zasadzie trzeba go było tylko zrealizować. Pozostało zebrać chętnych, wybrać termin i zatankować gaz pod korek.

Oli i Błażeja na wyjazd w Alpy nie trzeba długo namawiać, mojej małżonki również. Kwestię daty również uzgodniliśmy bardzo szybko. Wiedzieliśmy, że naszej pierwszej konfrontacji z lodowcem nie chcemy utrudniać sobie aspektem pogodowym. Druga połowa sierpnia miała najlepsze uwarunkowania jeśli chodzi o wyjazdy w góry, tym bardziej, że można zahaczyć o długi weekend. Pogoda jest stabilniejsza niż w lipcu, a dzień jest jeszcze na tyle długi, że pozwala na kilkunastogodzinną wędrówkę. Tak też uczyniliśmy i w piątek 11 sierpnia zapakowaliśmy się do Octavii i już o 23 zameldowaliśmy się na granicy czesko-austriackiej. Po 9tej rano docieramy do Hinterbichl (1329 m n.p.m.), gdzie pozostawiamy samochód i rozpoczynamy żmudne, ponad sześciokilometrowe podejście szutrową drogą do Johannishutte (2121 m n.p.m.). Odcinek ten Ci bardziej zamożniejsi mogą pokonać taksówką za jedyne 30 eur/samochód. My pokonujemy go na nogach w około 2h-2:30h. Przy schronisku posadowiono pomnik pamięci alpinistom w formie wielkiej śruby lodowej z karabinkiem. Ciekawy monument, który jednocześnie przypomina o pokorze i szacunku jakim powinniśmy darzyć do miejsce.

pomnik
Pomnik ku czci wspinaczom

Stąd wędrówka zmienia swój charakter. Opuszczamy dno doliny podążając jej odnogą wznosimy się w stronę lodowca Schlatenkees. Nabierając wysokości rozstajemy się z letnią aurą na rzecz deszczu ze śniegiem. Przed 17 osiągnęliśmy wysokość 2963 m n.p.m. na której położone jest schronisko Defregger Haus. Grossvenediger ze względu na swój stosunek trudnosci do wysokości przyciąga wielu turystów. Przekłada się to na znaczne zatłoczenie schroniska, którego jednak rozmiary sprawiają, że może ono pomieścić dużą ilość gości. Dzięki temu nam, mimo braku rezerwacji, udaje się znaleźć miejsce do spania. Wieczór spędzamy na krótkiej powtórce z technik linowych i sprawdzaniu wpływu rozrzedzonego powietrza na nasze organizmy.

Przy Johanishutte zaczyna się mozolne podejście

Noc w schronisku minęła niespokojnie i wietrznie, ale na szczęście wiatr rozgonił chmury, które jak dotąd kurczowo trzymały się okolicznych szczytów. Przed schroniskiem wita nas różowawa poświata czystego nieba. Wymuszamy na naszych żołądkach przyjęcie owsianki i około godziny 6:00 wychodzimy spod schroniska. Jesteśmy jedną z pierwszych ekip, które z niego wychodzą, ale nasza dobra passa nie trwa długo. Po oblodzonych skałach docieramy do Mullwitz Aderl-Einsteig. To miejsce gdzie należy przybrać się w szpej lodowcowy i zrobić to po co tu przyjechaliśmy – wejść na Mullwitzkees. Cały proces zakładania na siebie wszystkiego w sposób “jak Pan Bóg przykazał” sprawia, że pozostałe ekipy nas wyprzedają i kiedy w końcu jesteśmy już gotowi by wypłynąć na białą taflę lodowca okazuje się, że właściwie po przejściu takich tłumów niewiele nam grozi. Ma to również inny niebywale cenny skutek. Wszelkie przedwyjazdowe dywagacje dotyczące szukania odpowiedniej ścieżki w labiryncie szczelin idą w niepamięć, gdyż trasa jest już tak świetnie wydeptana, iż nie ma możliwości aby ją zgubić.

Labirynt szczelin

Ruszamy i wchodzimy na lodowiec. Przez myśl przechodzi mi parafraza słynnych słów Neila Armstronga: To wielki krok dla człowieka, ale mały dla ludzkości. Od dawna marzyłem, aby wejść na lodowiec, ale właściwie kogo to obchodzi? No cóż, w prawdzie jest to fantastyczne uczucie, kiedy spełnia się swoje marzenia, ale jednocześnie bardzo małostkowe w kontekście otaczających nas wielu ludzi. Spodziewałem się chyba cudownej przemiany, albo co najmniej objawienia. Zamiast tego uczucie zwykłej wewnętrznej satysfkacji przełamania swojej młodzieńczej nieśmiałości twardym krokiem łamiącym lód pod rakami.
Trasa najpierw wiedzie po niezbyt stromym terenie, później nieco bardziej w górę, aby przed samym szczytem osiągnąć rozległe plateau przełęczy Rainertörl. Na tym tym odcinku mijamy dwa pola szczelinowe. Pierwsze około 250 metrów od wejścia na lodowiec, natomiast ostatnie tuż przed przełęczą Rainertörl. Zastanawiamy się jak dobrze określić błękitną otchłań szczelin, które mijamy. Uzgadniamy. Tak, one są creepy, po prostu creepy.
Od plateau idziemy lewą ścieżką aby dotrzeć nią na grań, która zwęża się przed samym szczytem tworząc formację przypominającą koci grzbiet. Lekkie obniżenie oraz poszerzenie pozwala schronić się przed wiatrem i poczekać na swoją kolej, aby wyjść na wierzchołek Wielkiego Wenecjanina, który zwieńczony jest, a jakże, krzyżem.

Niestety na szczycie trafiliśmy na niezbyt sprzyjające warunki – padający śnieg z deszczem oraz totalna mgła. Szybka fotka i droga powrotna tą samą drogą, tym bardziej, że z niższych partii lodowca mogliśmy podziwiać lepsze widoki. A widok jest do prawdy wieloplanowy od najbliższego otoczenia lodowca i majestatu Wysokich Taurów po niekończące się górskie pasma Alp Karnickich oraz Dolomitów. Wspaniały krajobraz nie pozwalał nam oderwać od niego oczu i od wizjerów aparatów, a słońce wygrzało nas bardziej niż rowerach wzdłuż Bałtyku (o i to zdecydowanie!). Grossvenediger tylko raz nieśmiało wyjżał zza chmury, ale jego sylwetka wyglądała tak jak ją dotąd widziałem. Piramida pryzmatu została zdobyta, a jednolite światło bariery psychicznej rozszczepiło się na piękny wachlarz barw możliwości, które pojawiły się po przejściu przez Grossvenedigera. Zaledwie kilka minut trwał ten spektakl. Pożegnaliśmy się i ze skalnej grzędy zeszliśmy do Defregger Haus po depozyt.
Jak się czuliśmy? Dumni, zmęczeni i szurnięci. Szurnięci, bo postanawiamy jeszcze tego samego dnia dotrzeć do samochodu, który znajduje się niespełna dwa i pół kilometra niżnej.
W długim weekendzie pozostał nam jednakże jeszcze dzień do wykorzystania i wiedzieliśmy, że warto zobaczyć coś jeszcze i wejść na jakiś niedługi, spacerowy szlak. Postanowiliśmy udać się na Leitenkopf (najwyższy w grani – 2597 m n.p.m.), tworzący z Zellinkopfem, Hochnase i innymi szczytami niedługą grań, należącą prawdopodobnie do południowej części tzw. Goldberggruppe. Lecz o tym będzie kolejna relacja…

Na skróty

Trasa i Czas: Dzień 1: Hinterbichl (1329 m n.p.m.) -2:30h – Johannishutte (2121 m n.p.m.) – 2:15h – Defregger Haus (2963 m n.p.m.)
Dzień 2: Defregger Haus (2963 m n.p.m.) – 1h – Mullwitz Aderl-Einsteig (ok 3100) – 2:15h – Grossvenediger (3666 m n.p.m.) – 8:30h – Hinterbichl (1329 m n.p.m.)

Trudności: Przed samym szczytem wąska grań tworzy nieprzyjemną ekspozycję. Trzeba się przygotować na znaczny wysiłek związany z dużą różnicą wysokości mierzącą chcąc od razu dojść do Defregger Haus, gdyż jest to ponad 1600m. Samo przejście przez lodowiec oczywiście wymaga raków i czekana. Należy też posiadać zestaw do poruszania się po lodowcu z liną, choć trasa jest przedeptana i wyraźnie zaznaczona omijając co większe szczeliny.

Podsumowanie: Grossvenedigger jest jedną z najlepszych gór do rozpoczęcia swojej przygody z lodowcami i trzytysięcznikami. Jest popularnym szczytem, który można zdobyć bez żadnych umiejętności wspinaczkowych (oczywiście od południowej strony). Zdecydowanie polecam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *