L O A D I N G
blog banner

Pho bo – na stół wjeżdża wietnamski “rosół”

na skróty

Gdyby ktoś kiedyś zapytał mnie kiedy po raz pierwszy jadłam Pho, nie musiałabym się długo zastawiać. Doskonale pamiętam dzień, miejsce i okoliczności. Pamiętam jak uderzyła mnie mnogość przypraw, świeżość limonki i mięty oraz ten korzenny zapach. Ciężko byłoby mi porównać to kulinarne zaskoczenie do czegoś innego. A było to… na lotnisku w Cho Hi Minh, na którym nigdy miało nas nie być. Znaleźliśmy się tam tylko dlatego, że pomyliłam się przy zakupie biletów i zamiast kupić je do Hanoi, kupiłam właśnie do Sajgonu (bagatela 1700km od miejsca, w którym chcieliśmy się znaleźć). Widocznie tak miało być 😉

 

Niby rosół, a jednak nie do końca

Jednym z motywatorów pchającym nas ku Wietnamowi była właśnie kuchnia. Przed wyjazdem zdarzało nam się jadać wietnamskie jedzenie, znałam sajgonki i podejrzewałam, że kuchnia będzie zbliżona do tajskiej, czy chińskiej. Jednak nigdy nie myślałam o Pho. Cóż takiego może być w zupie, zupa jak zupa i do tego zbliżona do rosołu, za którym, szczerze mówiąc nigdy nie przepadałam. Do tego stopnia, że na naszym weselu zamiast rosołu, ku rozpaczy gości, pojawił się krem z pietruszki 😉 Ale wracając do Pho – nie mogłam się bardziej pomylić.

Typowe śniadanie - banh mi i pho ga
Typowe śniadanie – banh mi i pho ga

Jedna Pho, wiele smaków

W czasie naszej podróży Pho jadaliśmy niemal codziennie i to co może zaskoczyć – zwykle na śniadanie, co dawało nam potem uczucie sytości na długi czas. Każda z tych zup była zupełnie inna, każda gospodyni w przydrożnym barze czy szef kuchni przygotowywał ją nieco inaczej. Różne były też dodatki, zazwyczaj limonka, chili, czosnek w zalewie, sos rybny, kiełki fasoli mung i kolendra, ale na południu, ku naszej uciesze, również duża ilość świeżej mięty. Kolendra jest jednym z tych składników, którego, naszym zdaniem, nie może w niej zabraknąć. Nie każdy za nią przepada, podobno sporej części europejczyków smakuje jak mydło! Za to mój mąż mógłby codziennie obchodzić dzień kolendry 😉 Szkoda tylko, że takiego nie ma, a jedynie dzień nienawiści do niej.

 

Apron Up

Przed Wietnamem zamiast robić listę rzeczy, które chcemy zobaczyć, zrobiliśmy listę rzeczy, które chcemy zrobić. Znalazła się na niej między innymi nauka gotowania. Nie wyjechalibyśmy spełnieni, gdybyśmy nie mogli wywieźć z tego pysznego kraju nieco tajników ichniejszej kuchni. Nigdy wcześniej nie braliśmy udziału w podobnych warsztatach, więc nie wiedzieliśmy na co zwrócić uwagę przy ich wyborze. Od momentu pierwszego zjedzonego Pho wiedziałam, że musi być ona na liście dań do przygotowania (o co nie było trudno ;)) Wybór padł na Apron Up. I nie wiem czy to norma przy tego typu lekcjach, ale była nas zaledwie czwórka do gotowania, co odbieram za duży plus. Zaczęliśmy oczywiście od Pho, która miała gotować się najdłużej. Potem przyszedł czas na sajgonki zwane Nem ran, Bun cha, czyli tradycyjne grillowane pulpety, papya salad i coffee egg.

Składniki na pho bo
Składniki na pho bo

Odrobina magii…

Do przygotowania Pho potrzebujemy naprawdę sporą porcję mięsa wołowego zarówno z kośćmi jak i bez. Podobno to właśnie z kości pochodzi słodycz zupy. Chociaż po tym jak zobaczyliśmy ile cukru (tzw. magic ingredient) używa się w kuchni Wietnamskiej ciężko mi w to uwierzyć. Na początku grillujemy mięso, potem prażymy przyprawy – laskę cynamonu, nasiona kolendry, kardamon i anyż. Następnie, tutaj pro tip, zawijamy je w kawałek materiału, który zawiązujemy i dajemy do wywaru. Tym sposobem wyciągamy aromat z przypraw, ale nie musimy ich łowić lub, o zgrozo, cedzić przez zęby. Dodajemy także grillowaną szalotkę (niestety nie wiem gdzie u nas można kupić świeżą, więc ja dodaję dymkę), czosnek i imbir. Całość gotujemy ok. 1-1,5 godziny na wolnym ogniu, chociaż słyszałam, że niektórzy gotują nawet kilka godzin.

Pro tip - prażone przyprawy zawinięte w materiał
Pro tip – prażone przyprawy zawinięte w materiał

…i mnóstwo dodatków

Zazwyczaj Pho podaje się z kurczakiem (Pho ga) lub z wołowiną (Pho bo). Mięso może być ugotowane albo surowe i zalane gorącym bulionem. My decydujemy się na tę drugą opcję. Dlatego w międzyczasie marynujemy wołowinę w marynacie z czosnku, imbiru, pieprzu, sosu sojowego i ostrygowego. Jeśli te dwa ostatnie składniki, podobnie jak kolendra, wywołują u Was ciarki, to myślę, że nie będzie wielkim grzechem zastąpienie ich sosem sojowym. Tak przygotowane mięso kroimy na cieniutkie plasterki. Aby to zrobić najlepiej dać je na chwilę do zamrażarki – to ułatwi krojenie. Gotujemy jeszcze makaron ryżowy, który razem z mięsem zalewamy gorącym, aromatycznym bulionem. Osobno przygotowujemy dodatki: czosnek, chili, limonkę, kiełki fasoli mung (u nas tym razem kiełki brokuła i rzodkiewki), liście kolendry i mięty. Każdy dodaje je według potrzeb i własnego smaku. I właśnie to jest w tym piękne 😉 Mięso i makaron jemy pałeczkami, natomiast bulion łyżką. Smacznego!

 

 

Przepis na pho bo (8 porcji)

Składniki

  • 0,5kg ogona/mostka wołowego
  • 0,5kg żeberek wołowych
  • 0,5kg chudej wołowiny
  • główka cebuli dymki
  • 2 ząbki czosnku
  • kawałek imbiru
  • 1 łyżeczka ziaren kolendry
  • pęczek kolendry
  • 4 ziarna kadramonu
  • 2 gwiazdki anyżu
  • 1 laska (kora) cynamonu
  • 1 łyżka cukru
  • szczypta soli
  • sos rybny
  • makaron ryżowy
  • ok. 2-3 litry wody

 

Dodatki

  • kiełki fasoli mung
  • chili, limonka, czosnek
  • szczypior z cebuli dymki
  • kolendra, mięta

 

Sposób przygotowania

  • Moczymy ogon/mostek i żeberka wołowe w lekko osolonej wodzie przez 2 godziny. Po tym czasie grillujemy namoczone mięso.
  • Cebulę, czosnek i imbir zostawiamy nieobrane i grillujemy aż nabiorą czarnego koloru. Obieramy je i myjemy. Każde z nich dzielmy na 4 części.
  • Na suchej patelni prażymy gwiazdki anyżu, laskę cynamonu, kardamon i ziarna kolendry aż do ich zarumienienia. Przyprawy umieszczamy w kawałku materiału i związujemy.
  • Myjemy grillowane mięso i gotujemy je z 2-3 litrami świeżej wody. Dodajemy przyprawy zabezpieczone materiałem, grillowane wcześniej warzywa, sól, cukier, sos rybny oraz pół pęczka kolendry.
  • Gotujemy ok 1,5-2 godziny na bardzo wolnym ogniu. W razie potrzeby ściągamy szumowiny.
  • W międzyczasie robimy marynatę do pozostałego mięsa. Mieszamy 1 łyżkę posiekanego imbiru, 1 łyżkę przeciśniętego przez praskę czosnku, 1 łyżeczkę pieprzu, po 1 łyżce sosu rybnego i ostrygowego. Przygotowaną miksturą nacieramy mięso. Przed podaniem kroimy na bardzo cienkie plastry, aby ułatwić sobie krojenie mięso wkładamy na chwilę do zamrażarki.
  • Przygotowujemy dodatki – szczypiorek z dymki siekamy, czosnek i chili kroimy na plasterki, limonkę dzielimy na ćwiartki. Układamy je na osobnej misce razem z liśćmi mięty, reszty kolendry i kiełkami fasoli mung.
  • Następnie gotujemy lub moczymy makaron ryżowy (zgodnie z opisem na opakowaniu).
  • Makaron i pokrojone w cienkie plasterki mięso zalewamy gorącym bulionem (surowe mięso ugotuje się w gorącej zupie). Serwujemy z podanymi na osobnym talerzu dodatkami, które każdy nakłada własnego uznania.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *