L O A D I N G
blog banner

Październik (O)Słupia

na skróty

Czy urlop w północnej Polsce w październiku to szaleństwo? Co tam robić? Jest zimno i wietrznie, a w dodatku wszystkie knajpy pozamykane. Każdy ciepłolubny turysta na samą myśl popukałby się w głowę i zawinął w kołderkę. Nas to jednak nie zraziło i wyruszyliśmy na podbój Kaszub i Słupii dziewiątego października. Przyznam jednak, że do ostatniej chwili zastanawiałem się jakie będą moje myśli podczas wsiadania do kajaka przy temperaturze zaledwie kilku stopni powyżej zera.

Sezon nad polskim morzem dawno dobiegł końca. Knajpy zamknęły się na cztery spusty, a kurorty zamarły. Znalazło się jednak miejsce w Gdyni, w którym roiło się pełno turystów z całej Polski. Tak się złożyło, że w dniu, w którym przyjechaliśmy odbywał się rozsławiony Festiwal Podróżniczy Kolosy. Załapaliśmy się na prelekcje himalajskie i Trawers zimowy Islandii opowiadany przez Łukasza Supergana. Rozpaleni podróżniczymi inspiracjami ruszyliśmy na podbój własnej Islandii. Znaleźliśmy miejsce na nocleg w naszym fabiokamperze u podnóża najwyższego wzniesienia na Kaszubach – Wieżycy.

No to chlup do Słupii

O poranku meldujemy się w wypożyczalni Kajlandia w Sulęczynie. Mimo niskiej temperatury nastroje mamy bojowe, bo zaraz wsiądziemy do naszych jedynek i wypłyniemy na Słupię. Nigdy wcześniej nie płynęliśmy w jedynkach, więc nie wiemy jak będzie wyglądała nasza stabilność. Przy takiej temperaturze wolelibyśmy, aby była idealna. Bez większego zwątpienia Ania wskakuje na wody Słupii jako pierwsza i od pierwszego kontaktu zakochuje się w jedynce. Swoją śmiałością ośmieliła słońce, które powoli wychodzi zza chmur. Nie będąc w tyle sam ochoczo dołączam do tego kompletu i już do samego końca pozostajemy nierozłączni.

baba w kajaku
Radość z jedynki

Pierwsze kilometry rzeki są bardzo ciekawe i nie pozwalają się nudzić. Słupia na tym odcinku obfituje w liczne bystrza, które powodują, że ciężko uchwycić aparatem ich atrakcyjność. Co ciekawsze kadry udaje się strzelić jedynie na bezleśnych, wolniejszych odcinkach rzeki.

Słupia daje nam odetchnąć

Po odcinku wijącym się w leśnym jarze, w którym na brak adrenaliny narzekać nie można do Słupii dopływa Parchowska Struga, która odprowadza wody z Jeziora Mausz. Od tego momentu rzeka niesie ze sobą więcej wody i jedynie czasami nurt jej staje się szybszy, aby po chwili zwolnić i snuć się monotonnie pośród pożółkłych łąk. Ten odcinek pozwala odpocząć przed solidnym wiosłowaniem, gdyż niebawem siły przydadzą się na Jeziorze Żukowskim. My trafiliśmy na wzmagający się wiatr i fale jak na morzu! Cóż to były za emocje!

Jezioro Żukowskie

To już koniec

Znalezienie ujścia z Jeziora Żukowskiego było nie lada wyzwaniem, szczególnie, że wiatr i fale nam nie pomagały. Na szczęście wymknęliśmy się ze szpon żywiołu i jedynie „Szmer tataraków jeszcze dobiegł nas” jak to śpiewał Piotr Szczepanik w dawnym hicie „Goniąc kormorany”. Ostatnie niespełna dwa kilometry spływu to już spokojna strona, którą prezentuje sobą Słupia. Nie wiele się tu dzieje, a czas na zegarkach zaczyna wskazywać porę burczenia w brzuchu. Jako, że nasze tripy często bywają „gastro” to nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie spróbowali czegoś lokalnego.

 

Pierś z kaczki sous vide na modrej kapuście

W tym miejscu chcielibyśmy polecić Gościniec Malinówka w miejscowości Gołubie, ponieważ można zjeść tam przepyszną zupę z raka oraz pierś z kaczki na kapuście i żurawinie. Mimo jesiennej pory w sobotę knajpa pękała w szwach, co może świadczyć o jej renomie. Był jednak drobny minus, gdyż obsługa nie wyrabiała i moja kaczka robiła się prawie półtora godziny. Mimo wszystko wielki pozytyw dla przepysznego jedzenia. Warto wpaść, ale raczej w tygodniu.

Z pełnymi brzuszkami udaliśmy się na wybrzeże pokręcić nieco kilometrów na rowerach…

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.