L O A D I N G
blog banner

Gran Canaria i jej Pico de las Nieves.

na skróty

Wyspy kanaryjskie kojarzone są głowie z pięciogwiazdkowymi kurortami i wakacjami all inclusive dla tłuściochów. Tak się przypadkiem złożyło, że wylądowałem na Kanarach w połowie września tego roku. Dla mnie turysty bądź co bądź aktywnego wydawało się to raczej kiepskim kierunkiem, gdyż perspektywa byczenia się nad basenem przez cały tydzień była dosyć mierna. Czy zatem była to jedyna metoda na spędzenie czasu na Kanarach?

Wystarczyło spojrzeć nieco w górę, a konkretnie na najwyższy szczyt wyspy Gran Canaria, czyli Pico de las Nieves mierzący 1949 m n.p.m. aby zobaczyć, że może być inaczej. Nie byłbym sobą, gdybym nie podjął wyzwania zdobycia najwyższego punktu miejsca, w którym akurat się znalazłem. Atak szczytowy zaplanowałem w iście polskim stylu. Jako polski styl uznaję maksymę: Może nie najszybciej, może nie najlepiej, ale za to tanio i długo.

Kanary wersja typowa

Pico de las Nieves w polskim stylu

Rozpocząłem przygotowania. Zrobiłem należyty research w internecie i rekonesans w terenie na dworcu autobusowym w Maspalomas. Sporządziłem plan, który wydawał się prosty i zakładał dostanie się na szlak komunikacją publiczną możliwie jak najwcześniej. Było jednak jedno “ale”. Jak przystało na południowców nic tu nie jeździ punktualnie, ale busy to najtańsza metoda przemieszczania się na Gran Canarii. Wszystkie składowe perfekcyjnie wpisywały się w “polski styl zdobywania gór”. Do Maspalomas, które jest głównym ośrodkiem w tej części Gran Canarii kursuje bardzo dużo busów z pobliskich miejscowości. Ja jednak polecam nr 1. Szybko (15 min), tanio (1 EUR) i bezpośrednio na dworzec główny. Następnie z dworca Faro de Maspalomas liczyłem na enigmatyczny autobus nr 18 w kierunku miejscowości Tejeda. O 9.00 razem ze mną na dworcu było jeszcze dwóch trekopodobnych człeków, którzy mieli podobne zamiary do moich. Ku naszej uciesze zjawiła się 18 punktualnie o 9:39. (Rozkład dla potomnych w galerii na końcu postu – stan na 09.2021)

Początek szlaku z Cruz Grande

Niezła jazda na pustkowie

Już sama jazda po kanaryjskich serpentynach zwyczajnym miejskim autobusem robi wrażenie. Przepaście rozpościerają się to z jednej, to z drugiej strony, co przy szerokości drogi równej szerokości autobusu dba o trening cardio przed wyjściem w góry. Kierowca musi być lvl extreme, albo pod wpływem środków uspokajających. Przypuszczam to drugie. Rollercoaster kończy się po 1h20min na przystanku Cruz Grande skąd rozpoczynam podejście na Pico de las Nieves. Oczywiście wybrałem sobie tak zapomniany szlak, że kierowca przejechał o kilkaset metrów przystanek, którego w sumie to nie było i musiałem się cofnąć piechotą na przełęcz.

Pierwsze widoki. W dole droga na Cruz Grande.

Przyjemny chłód i przepiękne widoki.

Początek szlaku na Pico de las Nieves można dokładnie tak opisać. Powiew chłodnego wiatru i temperatury rzędu 20 stopni są kojącą ulgą w porównaniu z ponad 30 stopniowym skwarem na poziomie morza. Od przełęczy Cruz Grande szlak pnie się w stronę skalistych turni, aby przecisnąć się przez nie ciasnymi zakosami ułożonymi z kamieni. Krajobraz jest surowy i suchy, więc nie ma co liczyć na uzupełnienie zapasów wody. Po przekroczeniu barier skalnych (ok. 1650m) wkraczamy w inny świat. Wysoki sosnowy las, który pozwala skryć się przed słońcem osłania szlak w samą porę. Od tej pory do samego szczytu będzie towarzyszył nam właśnie ten krajobraz.

Widok na sam Pico de las Nieves ze szlaku.

Zdobywam najwyższy szczyt Gran Canarii, Pico de las Nieves.

Może brzmi to dumnie, ale pod sam szczyt równie dobrze można wyjechać autem. Poza małym natrętnym tłumem turystów niemieckich i polskich ma to jednak małą zaletę. Na ostatnim parkingu, który jest bezpośrednio pod szczytem stoi furgon z zimnym piwem. Panorama krajobrazu ze szczytu jest przepiękna i perfekcyjnie ukazuje Gran Canarię jako wyspę czterech pór roku. Nie wiem dlaczego tak mówią, bo faktycznie to może dwóch. Mokrej i suchej. Południe jest wyraźnie słoneczne, surowe, suche, skaliste, a północ natomiast zielona, wilgotna i pochmurna.

Zielona północ i gęsty sosnowy las. W tle maczuga Roque Numbo.

Wrócę na skróty

To nigdy nie jest dobry pomysł, ale w sumie to nie poszedłem na skróty, a raczej okrężną drogą. Mogłem sobie na to pozwolić, bo wejście na Picosa zajęło mi znacznie mniej czasu niż przewidywałem, a dokładnie 2h10min. Skierowałem się w stronę schroniska Refugio Diaz Bertrana, które okazało się w remoncie. Następnie przez przełęcz Degollada de los Hornos (1720), zdobyłem jeszcze El Montañón (1762 m), z którego pięknie prezentowała się charakterystyczna maczugowata skała Roque Nublo (1803 m). Prawie cały szlak z Pico de las Nieves, aż do El Montañón wiódł przez naprawdę gęsty las, którego nie spodziewałem się na Gran Canarii. Swoją wycieczkę kończę na przełęczy La Goleta, z której już pozostaje mi zejść wąską ścieżką przez domostwa do miejscowości Ayacata.

Zejście do Ayacata

Ayatcata centrum świata

Jest tu knajpa i sklep, więc oczekiwanie na autobus można było uświęcić zimnym piwkiem. W restauracji serwują miejscowe dania, które po takim wyczerpującym marszu wyglądają i smakują wyśmienicie. W karcie dań znajdziemy owoce morza, które spożywane w górach smakują jeszcze lepiej. Polecam! Autobus powrotny nie zaskoczył mnie miło i przyjechał mocno spóźniony, gdyż dopiero przed 18, gdzie planowo miał jechać o 17.09. Niestety knajpę zamknęli o 17 i przyszło mi stać na przystanku. W czasie oczekiwania zaczął padać deszcz, zrobiło się chłodno i w sumie to chodziły mi już myśli jak tu spędzić noc w tej niewielkiej wsi. Na szczęście udało mi się dotrzeć do Maspalomas przed zmrokiem.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *