L O A D I N G
blog banner

Annapurna Circuit – Finałowa rozgrywka

na skróty

Manang jest kluczową miejscowością na trasie. To punkt startowy wielu ekspedycji w masyw Annapurny oraz okoliczne pasma. Nazywany jest stolicą Annapurna Circuit, ponieważ w mieście jest mnóstwo hosteli i restauracji, szpital, sala kinowa, a nawet (o ile mnie pamięć nie myli) jakaś imprezownia. To wszystko na wysokości 3520m n.p.m. Czyniąc sobie nagrodę z nadrobionego czasu pozostajemy w himalajskim Vegas aż do 18.10.

Pobyt w Manangu (3520) uświęcamy degustacją sera z mleka yaka i ciastkami z cukierni, które dodają nam sił na popołudniowy spacer do Yakharka. Tam spotykamy parę Polaków, co umila nam wieczór, gdyż zawsze miło spotkać kogoś z kim można pogawędzić w ojczystym języku na drugim końcu świata. Niestety jak się okaże kolejnego dnia, ze względu na stan zdrowia będą zmuszeni zawrócić. Poranek mija nam bardzo mozolnie i opuszczamy hostel jako jedni z ostatnich. Przez swoją opieszałość musiałem nieco narzucić tempa, aby załapać się jeszcze na nocleg w Thorong Phedi (4450). Na tej wysokości nadmierne wysilanie się nie było dobrym pomysłem, co dopiero miało okazać się w nocy. W odróżnieniu od poprzednich Thorong Phedi nie jest miejscowością, a bardziej schroniskiem górskim. Powyżej tego miejsca znajduje się już tylko High Camp (4850), lecz tam ceny są również high, dlatego zależało nam na pozostaniu w Thorong Phedi.

Te widoki z Ice Lake!

Atak szczytowy

Noc mija nam pod znakiem WC i diamoxu. Rano nie budzimy się w życiowej formie, a jesteśmy świadomi, że to pierwsze nasze spotkanie z takimi wysokościami. Przed nami 1000m przewyższenia po nieprzespanej nocy. Pięć mozolnych godzin w rozrzedzonym powietrzu. Nieznanego nam dotąd nieustannego wysiłku przy każdym kroku. Jest już późno, im później tym silniejszy wiatr zastanie nas na przełęczy. Biorąc te wszystkie niewygodne fakty i analizując chłodno sytuację stwierdzamy jednogłośnie “ja nie dam rady?”.

Ostatnie trudne metry podjeścia.

Podejście zdaje się nie mieć końca, a rozległe plateau z licznymi pagórkami przed przełęczą każdorazowo wprowadza w błąd “czy to już, czy jeszcze jedna górka?”. Za jedną z nich pojawia się niewielki budynek z “serwisem herbacianym”, to znak, że osiągamy ok 5250m. Darujemy sobie herbatę z nieprzegotowanej wody, tym bardziej, że nie wiemy ile jeszcze zajmie nam pokonanie ostatnich metrów. Mija kolejna godzina, a krajobraz jest równie irytujący jak podejście we mgle na szczyt Babiej Góry. Ile jeszcze pagórków przed nami? Kiedy skończy się ta niekończąca się opowieść? I wtem za kolejnym z nich pojawia się…

 

 

Mamy to! Thorong La (5416m n.p.m.). 20 październik 2016!Po 8 dniach od rozpoczęcia trekkingu i 3h 45m od wyjścia z Base Camp’u stajemy w bramach przełęczy rozdzielającej doliny Managu i Mustangu. Moment, w którym robimy sobie zdjęcie przy pamiątkowej tablicy był pełen emocji. Przez ostatnie tygodnie wszystko w naszym życiu krążyło wokół Thorong La.

Było ciężko i dopiero kiedy zeszły z nas emocje oraz opadł poziom adrenaliny dostałem strzał w skronie z niedotlenienia. Zejścia nie pamiętam prawie wcale.

I tu się zgodzę

Jedynym wspólnym mianownikiem wszystkich relacji z Annapurna Circuit jest stwierdzenie, że po drugiej stronie przełęczy jest beznadziejnie. Zejście do Mukinatah było niesamowicie mozolne, a w samej miejscowości mieliśmy pierwszy raz problem ze znalezieniem noclegu. Dalej było już tylko gorzej. Szlak wiedzie najpierw bardzo ruchliwą drogą, po której przemykają autobusy z turystami, a następnie dnem rzeki, gdzie tumany kurzu spowijają wszystko. Trudno oddychać, trudno rozmawiać, trudno patrzeć na widoki. Generalnie nie polecam. W Jonsom się poddajemy i postanawiamy przyłączyć się do tej kanonady hałasu i kurzu zasiadając w busie do Pokhary.

Podsumowanko

Pokonanie całego trekkingu z Bhulbhule do Jomsom zajęło nam 10 dni, w czym zawierają się dwa dni restu* w Manangu.

Co warto przekazać?

Nie potrzebujesz:

  • namiotu (nocleg za jedzenie w cenie kilku USD, hostele są za każdym zakrętem)
  • jedzenia (j.w.),
  • zbytnio martwić się o wodę, (na szlaku każdego dnia znajdziesz stację ozonowania, gdzie można uzupełnić zapasy, a poza tym można ją co chwilę kupić, lecz trzeba sprawdzać, czy nie jest “ponownie zakorkowana”, choć nam zdarzyło się kilka razy użyć tabletek chlorowych
  • specjalistycznego sprzętu (wystarczą w zupełności niskie pół-trekki; raczki, raki, czekany, liny itd. są zdecydowanie zbędne)
  • obawiać się oddalenia od cywilizacji (w większości hosteli jest wi-fi)

Potrzebujesz:

  • cierpliwości do ruchu na odcinkach szlaku prowadzonego drogą
  • tabletek do chlorowania wody
  • Diamox’u (środek przeciwko chorobie wysokościowej) – tam ok 2USD w polsce
  • grzałki elektrycznej, żeby zaoszczędzić na herbatkowaniu
  • pójść na Ice Lake

*dwa dni restu obejmowały 1300m przewyższenia podczas zdobywania aklimatyzacji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *